English version - Polska wersja - version Espanola: English version  Wersja polska  Version espanola
  • Strona główna
  • Moje podróże
  • Podróż marzeń -
    Siłami Natury
  • Australia podróże,
    wiza studencka itd
  • Warto zwiedzić (zdjęcia)
  • Polecam - książki,
    filmy, sprzęt itd
  • O sobie
  • Świat oczyma Eweliny
  • Kontakt

Polecam podróżnicze

Sprzęt
Żywność

Sprzęt żywność

Jedzenie to sprawa bardzo indywidualna, trudno coś polecić. W podróży egzotycznej nie wożę z sobą jedzenia, zdaję się na lokalną kuchnię. Nie mam zwykle problemów żołądkowych, a uliczne jedzenie jest tanie i smaczne.

Sytuacja zmienia się jednak, jeśli mówimy o trekingu. Tam jedzenie trzeba nosić, z uwzględnieniem ilości, smaku, ceny, sposobu przyrządzania, dostarczonych kalorii i wagi.

Jeśli podczas trekingu mam dostęp do sklepów, gdzie mogę zaopatrzyć się w pieczywo, nabiał, owoce itp, to korzystam z takiego przywileju smakowo-wygodnego (smacznie i nie trzeba nosić). Jednak kiedy jestem w terenie odizolowanym, mój system żywieniowy podczas długodystansowego trekingu wygląda mniej więcej tak:
Wstaję rano, pakuję kemping i ruszam w drogę, bez jedzenia i picia. Rozgrzewam się marszem, idę tak długo, aż zacznie się robić ciepło w sam raz oraz aż zacznę odczuwać pierwsze oznaki głodu. Trwa to zwykle od jednej do dwóch godzin. Wtedy robie przerwę wypoczynkową połączoną ze śniadaniem. Jako że nie należę do osób które na śniadanie jedzą dużo, nie muszę też napić się gorącej herbaty, to taka przerwa jest łatwa do zorganizowania (bez rozkładania kuchenki). Na pustynnych wypadach lub długich górskich trekingach piję napój białkowo-węglowodanowy zwany Optimizer firmy Endura (jest wiele firm produkujące podobne preparaty, ja wybrałem to co mam pod ręką). Taki napój poprawia stan mięśni, uzupełnia w nich glikogen oraz gospodarkę elektrolitową organizmu. Sam napój zwykle nie nasyca dostatnio mojego żołądka, a więc od tego momentu do czasu obiadu, dojadam co jakiś czas następujące przekąski: puszki rybne lub mięsne jeśli mam chleb (początek wyprawy), batoniki musli i energetyczne, orzechy (wszelkie oprócz orzeszków ziemnych-arachidowych, gdyż te mają słabe wartości odżywcze), czekolada (Nutella), suszone owoce oraz podczas większego wysiłku żele dla sportowców (dają kopa w czasie kryzysu, ale muszą być popijane dużą ilością wody).
Obiad zwykle robię szybki, czasami gotuję wodę na zupkę "chińską" lub jakieś podobne danie instant na bazie suszonego makaronu. Na deser dopycham się wcześniej wymienionymi batonikami, orzechami itp. Zwykle towarzyszy mi poobiednia półgodzinna drzemka.

Pod wieczór zwykle mam najwięcej sił na marsz. Jeden z najprzyjemniejszych momentów dnia to decyzja o rozbiciu obozowiska. Kiedy namiot już stoi, rozpalam ognisko lub kuchenkę i zaczynam przygotowywać główny posiłek dnia. Najlepszy wskaźnik wartości energetycznej do wagi mają hermetycznie zamknięte dania liofilizowane. Innym słowem jest to suszona zamrożona żywność w formie sproszkowanej (ang. dehydrated food). Taka paczka to jeden duży ciepły posiłek, zwykle w opakowaniu około 100 gram, zalewa się wodą 250ml, daje nam to około 400 kalorii energii, kosztuje od €4. Trudno tu polecić jakąś konkretną firmę, bo rynek jest pełen różnych producentów, a smaki i przyzwyczajenia ogromnie różnią się od siebie. dania liofilizowaneMi najbardziej smakują mięsne dania na bazie makaronu lub ewentualnie ryżu. W Australii korzystam z Back Country Cuisine. Wystarczy spytać się w lokalnym sklepie turystycznym co mają w ofercie, no i próbować tego, co jest dostępne. Poza smakiem proponuję sugerować się wartościami odżywczymi podanymi zwykle z tyłu opakowania. Porównajmy energię, węglowodany, białko, tłuszcze oraz niektóre sole mineralne (patrzmy się nie na wartości porcji, ale na wartości na 100g produktu). Generalnie takie danie zalewa się tylko wrzątkiem i praktycznie po paru minutach można je jeść.

Na szczęście Ewelina jest bardziej pracowita ode mnie, więc kiedy chodzimy razem to mamy większe urozmaicenie pożywienia. Jej hitem jest gotowanie makaronu i przyrządzenie do niego sosu wraz z tuńczykiem z puszki. Pycha.
Na pustyni zdarza mi się czasami upiec wieczorem chleb. Noszę wtedy z sobą mąkę, potrzebuję dużo drewna, bo ognisko musi dawać wysoką temperaturę przez około dwie godziny. Po tym czasie wyciągam z piasku folię aluminiową, wewnątrz której jest świeży ciepły bochenek razowego pieczywa.

Do całego wyżywienia noszę z sobą multiwitaminę, czyli uzupełnienie wszystkich niezbędnych witamin i soli mineralnych. Jedna kapsułka dziennie może pomóc w samopoczuciu.

powrót na początek strony